„Pan pyta, czy mój urząd skupuje perły od poławiaczy. Ach, drogi przybyszu, dotknął pan niezmiernie bolesnej i skomplikowanej sprawy. Sam nie wiem, jak na to odpowiedzieć. Ale najpierw niech pan jednak poleci na wyspę Dobo. Po pańskim powrocie porozmawiamy jeszcze raz.
Medycyna i zoologia
I oto wyspa Dobo. Zmierzwione czupryny palm arekowych, oślepiająca biel wybrzeży, rozszalała plątanina bambusów, krzewy pokryte szkarłatnymi płomieniami kwiatów bougainville. Powietrze pulsuje od wilgotnego żaru. Pstrokate papugi wrzeszczą na gałęziach drzew mangrowycj. W dalekim tle ni to szałasy, ni to domki na kurzych łapkach, sklecone z jakichś spękanych pni, pojedynczych desek, wyschniętych liści palmowych. Zapach rozgrzanego błota i gnijących odpadków spotyka się w lepkim powie
trzu z odurzającym aromatem nieznanych, egzotycznych kwiatów.
Strasznie stąd daleko do szerokiego świata. Dwa i pół tysiąca kilometrów w linii prostej do Djakarty, piętnaście tysięcy kilometrów do Warszawy. Dziesięć godzin różnicy czasu w porównaniu ze środkową Europą dochodzi właśnie ósma rano, a w Warszawie jest dopiero dziesiąta wieczorem poprzedniego dnia. Wyspa Dobo jest przeraźliwie odległym i samotnym miejscem, ale jej mieszkańcy nie sprawiają na przybyszu wrażenia, żeby im to przysparzało udręki. Na wybrzeżu roj no, właśnie przypłynęli rybacy i coś tam wyrzucają ze swych prahu. Nagusieńkie dzieci pędzą w ich kierunku po płytkiej wodzie, rozpryskując obłoki kropel i nie przejmując się morskimi żmijami. Dziecięce stopy są już tak stwardniałe, że sandały są zupełnie zbyteczne przy bieganiu po ostrych łupinach korali.“(15)
sale szkoleniowe nad morzem |Wakacje |Leczenie depresji